Togian Islands, Bali, Sumatra... czyli smykania ciąg dalszy

Zwykle podczas naszych wojaży sporo się przemieszczamy, zwiedzamy, oglądamy.. zawsze jest też jednak czas na relaks i chwilę oddechu. Tym razem odpoczynek zaplanowany był na Togianach - archipelagu malutkich wysepek w rejonie środkowego Sulawesi. Najczęściej rejon ten odwiedza się na zasadzie skakania z wysepki na wysepkę - jest to o tyle wygodne, że w krótkim czasie poznaje się kilka miejsc i nie ma czasu na znudzenie.
Jak już wspomniałam - najczęściej to malutkie wysepki - mieszczą tylko kilka bungalowów. Nie ma tam elektryczności. Prąd wytwarzany przez generatory jest tylko wieczorami. Nie ma też zasięgu telefonicznego, o internecie oczywiście nie wspominając;) Nie ma również bieżącej wody - woda do picia i do mycia dostarczana jest łódkami z większych wysp. Nie płaci się tam za pokój, tylko za osobę, a cena zawiera trzy (czasem cztery) posiłki oraz herbatę i kawę ). Śniadanie to owoce i ciasto, na obiad i kolację serwowane są ryby, ryż i różne rodzaje warzyw. Oczywiście wszystko świeże i wyjątkowo pyszne. 
Dookoła czysta woda, blisko brzegu rafa, gdzie można swobodnie snorklować obserwując to zadziwiające morskie życie. Hamaki, piasek... bajka;)
Do bajkowego obrazka można również dodać pająki, szczury, węże... no i podstawa - karaluchy:) 
Ale -  coś za coś;)

"Promem" na pierwszą wyspę.







Wioska morskich cyganów.







Po Togianach udaliśmy się na Bali. Tam wypożyczyliśmy na tydzień skuter i smykaliśmy się po wyspie zachwycając się polami ryżowymi.





Ostatnia część naszej wyprawy poświęcona była Sumatrze. Zaczęliśmy od dwudniowego trekingu w dżungli w poszukiwaniu orangutanów. 
Do zwierząt mieliśmy sporo szczęścia - spotkaliśmy ich sporo. Gorzej z pogodą. W dodatku w związku z dużą ilością przerw (tych planowanych na posiłki oraz odpoczynek i tych dodatkowych - na oglądanie orangutanów) okazało się, że w tym tempie nie zdążymy do obozu przed zachodem słońca. Musieliśmy więc zmienić trasę, zejść skrótem do rzeki i wzdłuż niej (przekraczając ją sześć razy) dojść do obozu. Do tego zaczęło padać (w dżungli oznacza to "ścianę deszczu"), poziom wody i jej nurt szybko się zmieniał... oj, przestało być wesoło. 
Miny nam zrzedły również na widok "namiotów", w których mieliśmy spędzić noc. Zmęczeni, przemoczeni, zmarznięci... to była chyba najdłuższa noc w moim życiu:)





Przerwa na lunch

Jungle Man i "jego" kobra... To przewodnik pochodzący z Borneo, jak sam powiedział "kocha dotykać zwierzęta".  Biega po dżungli na bosaka z nożem za spodenkami (i jak się okazało - z kobrą w worku;) ) Leczy się tylko naturalnymi sposobami, potrafi znalezć antidotum na jad wielu jadowitych zwierząt. Jeśli w wiosce ktoś "ma problem" z jadowitym okazem, posyła po niego. On łapie stworzenie i odnosi do dżungli.

Namiot w wersji otwartej i zamkniętej;)


Poranna (ciepła!!!) herbata poprawiła nam humory:)

Tu znów Jungle Man. Jedząc tosta zobaczył na kamieniach skorpiona...

Ta blizna na ręce to pamiątka po ukoszęniu prze kobrę. W szpitalu chcieli mu ja amputować. Nie zgodził się. Wrócił na Borneo, do dżungli... i babcinymi sposobami uratował rękę.

Dwóch takich gości zawitało do naszego obozu.

Kuchnia.


Taką dętkową tratwą wracaliśmy do wioski.

Po treku udaliśmy się do Centrum Rehabilitacji Orangutanów.




Kolejne rejony Sumatry zwiedzaliśmy głównie na skuterze... a nastawieni byliśmy na wioski, tradycyjne budownictwo i rękodzieło oczywiście. Ech... było co oglądać.


Domy Bataków.




Przydomowa pracownia tkacka.




A tu już Sumatra Zachodnia i tradycyjna architektura ludności Minangkabau.

Zewnętrzna ściana domu - w całości rzeźbiona i malowana. Zakochałam się w tej architekturze.


Rzeźbiona szafa na tle rzeźbionych drzwi i rzeźbionej ściany. 
Biorąc pod uwagę, że jestem alergikiem - nurtowała mnie kwestia sprzątania i ścierania kurzu w takich wnętrzach;)

Zewnętrzna ściana kolejnego domu.



Co prawda powrót do domu pokazał nam po raz kolejny, że mamy więcej szczęscia niż rozumu;)... w Malezji chcieli nas zatrzymać w areszcie za nielegalne przebywanie na terenie kraju... w Singapurze mieliśmy kłopoty za próbę przemytu... papierosów;) to jednak, jak co roku, mam problem z powrotem do rzeczywistości. Co roku nasze smykania wydłużają się o kolejne tygodnie... i mam takie nieodparte wrażenie, że kiedyś kupimy bilet tylko w jedną stronę :)

Komentarze

  1. Cuda pewnie jeszcze ładniejsze na żywo. Jak dla mnie zdjęcia wystarczą, ja jestem też alergikiem na wszelkie jady. No może dla moich ukochanych orangutanów dałabym radę. Mimo wszystko zazdroszczę.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szacunek Mikołajczyki;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Swietnie że możecie spełniać swoje marzenia o podróżowaniu....Tylko pozazdrościć!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz